W niedługim odstępie czasu zostałem skonfrontowany zawodowo z dwoma przypadkami przeciw spadku na kanalizacji. Co to takiego przeciw spadek? Woda płynie w rurach kanalizacji grawitacyjnej dokładnie w tym kierunku, jak byśmy tego od niej oczekiwali. Wyjaśnianie tej oczywistości wydaje się trywialnie i zbędne. Przynajmniej do czasu gdy okaże się, że w swoim nowym domu masz niedrożną kanalizację, która przechodzi pod całym budynkiem. Ten właśnie odcinek rur nazwany został, nie bez racji, poziomem kanalizacyjnym.

Kanalizacja z każdego budynku, wychodzi na zewnątrz do odbiornika ścieków, niech będzie to miejska sieć sanitarna, czy cokolwiek innego. Zanim jednak ścieki trafią z łazienki do miejskiej sieci są transportowane w dół, pionami kanalizacyjnymi i dalej pod posadzką, poziomem kanalizacyjnym poza budynek. Przypadki niedrożności, z którymi zostałem skonfrontowany dotyczyły tego właśnie odcinka.

Co może być trudnego w ułożeniu rury w ziemi z właściwym spadkiem i połączeniu jej z pionami kanalizacji?

Niby nic, a jednak historia uczy, że i na tak prostym „czymś” również można się „wyłożyć”. W jednym, z omawianych przypadków klient zyskał przekonanie, że coś jest nie tak kanalizacją, kiedy pracownicy firmy INSTALPOL zaczęli prace na tej budowie. Naszym zleceniem było ogrzewanie i kotłownia, a więc prace, które nie były bezpośrednio związane z samą kanalizacją. Klient zapytał więc, niby to przypadkiem: „czy jak naciśnie na koniec rury, która wychodzi z budynku to może się z niej wylewać woda czy nie?”. Dodać należy, że wtedy w budynku były już prowadzone prace wykończeniowe, a poziom kanalizacji został wykonany razem z fundamentami. Wyglądało to tak, że klient stawiał nogę na końcówce rury, która przechodziła przez ścianę na zewnątrz budynku, naciskał na nią aby po chwili wskazać, że wypływa z niej sporo wody. To był jasny znak, że co najmniej na ostatnim odcinku rury jest przeciw spadek i w rurze robi się kałuża.

Co zrobić w takiej sytuacji? Nie ma wyjścia, jak tylko wymienić poziom kanalizacji pod budynkiem sprawdzając uprzednio stan faktyczny przy pomocy kamery, która to wjechała do środka rury i sfilmowała jej stan. Na filmie widać było kolejne „jeziorka”, głębokie, miejscami, na więcej niż pół średnicy rury. Naprawa wymagała skucia sporej części posadzki i wymiany poziomu pod budynkiem. Oczywiście, koszt tych prac pokrył inwestor, z własnej kieszeni, bo jak się okazało, poziom wykonali budowlańcy, niejako przy okazji wylewania fundamentów i po zakończeniu prac „zniknęli inwestorowi z oczu”.

                                                                                             Co jeśli przeciw spadek zostanie wykryty później?

problem Drugi przypadek był bardziej „hardcorowy” ponieważ wykrycie usterki, której proweniencja jest analogiczna z poprzednim zdarzeniem, nastąpiło dużo ale to dużo później. Dokładniej rzecz ujmując, inwestor zorientował się, że coś jest nie tak, kiedy zamieszkał już w budynku i skorzystał z kanalizacji, w taki sam sposób jaki wszyscy z niej korzystamy. Niestety, kanalizacja się zatkała a po udrożnieniu i wprowadzeniu kamery inspekcyjnej okazało się, że na długim odcinku kanalizacja, pod gotowym budynkiem, ma spadek przeciwny do oczekiwanego. Co z tym zrobić? Zostaje wymiana poziomu pod całym budynkiem, który nie był, wszakże podpiwniczony. Żeby dostać się wiec do tej źle położonej rury, trzeba zerwać wszystkie posadzki, skuć ogrzewanie podłogowe, przerwać ciągłość izolacji cieplnej i przeciw wodnej i to wszystko w gotowym, zamieszkałym budynku.

Czyja zatem jest to wina? Bez sprzecznie autorami tych „kwiatków” instalacyjnych byli budowlańcy, którzy to fizycznie wykonali. Podkreślam, że byli to budowlańcy, bo w obu tych przypadkach poziom kanalizacji został położony, niejako przy okazji innych prac, nie przez specjalistów w tej dziedzinie, czyli nie przez instalatorów. Co jednak z nadzorem nad wykonaniem prac? Gdzie był kierownik budowy, czy inspektor nadzoru? Odpowiedź jest aż nadto oczywista. Na małych budowach nie ma żadnego nadzoru, bo sam inwestor robi za nadzorcę i w ramach swojego rozeznania i zaufania do wykonawców zleca pracę kolejnym ekipom. Oszczędza na jednej pensji ale przejmuje ryzyko ewentualnego niepowodzenia. Jak dokładniej taka sytuacja wygląda opisałem już w innym artykule, który tutaj mogę jedynie przywołać.

sierpień 2014,

inż. Marcin Piekarski